Станислав Лем

Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski


Скачать книгу

przez podziemną polską organizację. W rezultacie Rosjanie znajdowali się w gorszej sytuacji niż my. Anatomii na przykład uczył nas profesor Markowski, a jego asystent nazywał się Krechowiecki – bardzo przystojny, o bladej twarzy i kruczych włosach, wysoki młody człowiek, w którym prawie wszystkie koleżanki z naszego roku się kochały.

      Mieliśmy wobec Sowietów poczucie wyższości, trochę może brzydkie. Mówiło się, że pociągi z Rosji do Lwowa jadą szybko: „spiczki–machorka, spiczki–machorka, spiczki–machorka”, a z powrotem pomału: „skóra–manufaktura, skóra–manufaktura”. Przyjechał do nas, chyba z Moskwy, profesor fizjologii Worobiow – byłem później asystentem wolontariuszem przy jego katedrze. Nosił biedak strasznie wyświecone portki, nie miał też zegarka i na wykład przychodził z blaszanym budzikiem, żeby wiedzieć, kiedy zacząć i kiedy skończyć. Budzik chodził tylko wtedy, jak się go położyło na katedrze bokiem, więc kiedy Worobiow chciał zobaczyć, która godzina, musiał się nachylić. Nie chciał się jednak ustawiać do nas tyłem, bo wtedy te portki straszliwie lśniły, i dziwnie się wykręcał. Był to zresztą zacny człowiek; twierdził, że jest uczniem Pawłowa, choć nie wiem, czy to prawda.

      – Jak długo ta nauka trwała?

      – Studia moje trwały rok, a kiedy przyszedł czas sesji egzaminacyjnej, rozpoczęła się napaść niemiecka i papiery diabli wzięli: indeksy złożone były właśnie w dziekanacie do podpisów. Niemcy kazali je po prostu wyrzucić na ulicę czy do śmieci, na szczęście archiwariusz od Bernardynów zebrał wszystko na taczki i przechował. Kiedy Niemcy sobie poszli, poszedłem do Bernardynów, archiwariusz znalazł mój indeks i chciał nawet podwyższyć moje kwalifikacje, miał też bowiem potrzebne pieczątki. Naiwnie odpowiedziałem, że skoro nie zdałem egzaminu, to nie mogę kłamać: popatrzył na mnie jak na półgłówka…

      Wpisałem się znów na medycynę, jeszcze sowiecką, ale już krótko chodziłem na wykłady. Kiedy zdawałem egzamin z chemii organicznej u docenta Sobczuka, Ukraińca, wiadomo już było, że wracamy z rodziną do Polski. Na egzamin przyszedł cały nasz rok: wiedzieli, że Sobczuk będzie zaginał Lema, a Lem będzie walczył. Nauczyłem się wtedy grubego podręcznika chemii organicznej Abderhaldena prawie na pamięć, umiałem nawet narysować cały bardzo skomplikowany schemat hemoglobiny. Ten łotr jednak, widząc, na co się zanosi, zaczął mnie pytać o jakieś substancje, wytwarzane wyłącznie w czaszce pewnego typu wielorybów; to był temat wykładu w przeddzień egzaminu, kiedy ja się przygotowywałem, i na tym mnie zagiął; zamiast bardzo dobrego dostałem tylko dobry i z tym wróciłem do Polski.

      – A jak wyglądało życie codzienne?

      – Kiedy zacząłem studia, okazało się, że studenci pierwszego roku dostają 150 rubli stypendium. Za całe te pieniądze kupiłem rurki Geisslera – takie rurki próżniowe wypełnione gazami, które pięknie świecą pod wysokim napięciem. Do dziś mam szczątki maszyny Wimshursta, która wytwarza iskry wysokiego napięcia; rozkoszowałem się kolorowymi wyładowaniami, zawsze bowiem miałem takie dziwne zainteresowania. Kupić wtedy wiele i tak nie można było; pamiętam, jak w sklepie przy placu Smolki sprzedawano po sto junaków – to był gatunek tanich papierosów – i po odłamie andrutów wypełnionych gorącą jeszcze masą kakaową. Stworzyliśmy z kolegami tak zwaną kohortę Aleksandra Macedońskiego, ustawiając się w trójkąt, wbiliśmy się w napuchłą głowę ogonka, i dzięki temu przyniosłem do domu z triumfem ów dziwny łup. Ojciec bardzo nad nami kręcił głową. Nie było już oczywiście chałwy, ale pojawiły się suszone morele, zwane uriuk – i jakoś się dało przeżyć.

      Jedyna rzecz, która za czasów sowieckich była dla mnie nowością, to tak zwana gimnastyka przyrządowa na fizkulturze – poręcze, drążek, koń. Bardzo to lubiłem, a na poręczach i pierścieniach okazałem się jednym z lepszych.

      Studia miały też swój aspekt humorystyczny. Kiedy zdawałem egzamin z marksizmu‐leninizmu u pana, co się nazywał Hrudnyna, powiedziałem mu, że Marksa czytałem w oryginale i tylko w oryginale mogę przedstawić jego myśli. Co ja tam wyplatałem, jeden Pan Bóg raczy wiedzieć – byłem dość bezczelny, bo wiedziałem, że mój egzaminator po niemiecku nie rozumie.

      Jedna przygoda wyglądała groźnie. Zbudowałem kiedyś małe armatki i czołgi, po czym zrobiłem im zdjęcia. Ojciec przestrzegał: – Nie noś tego do wywołania. Ja jednak zaniosłem, a kiedy wróciłem po odbitki, właściciel zakładu mówi: – Ktoś czeka na pana na górze. Wszedłem po schodach na piętro, a tam już czekał enkawudysta. A to czto takoje? Skończyło się na niczym, palcem mi tylko pogroził…

      – Wspomniał pan o wywózkach. Czy odczuwał pan ciśnienie tego systemu?

      – Opowiem anegdotę. Opisałem w Wysokim Zamku wieczorną defiladę po śmierci marszałka Piłsudskiego. Szliśmy na baczność przez plac Mariacki, gdzie na postumencie, niedaleko pomnika Mickiewicza, oświetlone snopem światła z reflektora stało popiersie Marszałka. Męczące to było bardzo, bo jak się idzie krokiem defiladowym, trzeba trzymać karabin pionowo, a nasze lebele były ciężkie jak cholera, 1 maja 1940 roku, we Lwowie sowieckim, też tamtędy szliśmy – w zupełnie innym ustroju politycznym i w innym charakterze. Wtedy pierwszy raz wyraźnie odczułem, co to jest za system, ponieważ nie tylko boczne ulice, których wloty znajdowały się na trasie naszego pochodu, były zamknięte kordonami wojska, ale wejścia z przeciwnych stron tych ulic także zostały zablokowane.

      Muszę zresztą powiedzieć ze skruchą, że pan Mieczysław Inglot, przysyłając mi książkę o literaturze polskiej we Lwowie w latach 1939—1941, otwarł mi oczy na rozmaite rzeczy, które troszeczkę tylko poznałem i których nieznacznie zakosztowałem z Wielkiego strachu Stryjkowskiego. Przecież w 1939 roku byłem siedemnastoletnim chłopakiem, nie miałem zielonego pojęcia ani o literaturze, ani o tym, co się działo w Związku Literatów, ani o Wacie, ani o Wasilewskiej, ani o Broniewskim. Tu chciałbym – bo mi bardzo na tym zależy – powiedzieć, że moim zdaniem niesłusznie się oczernia i potępia Boya—Żeleńskiego za jego okres lwowski. On wcale nie był trwożliwym oportunistą ani durniem, jak go się czasem przedstawia. Z dokumentów wynika, że robił, co mógł, usiłując ratować szczątki dorobku kultury polskiej, jak choćby Fredrę, przed najeźdźcami. To jest przecież ważne, to się liczy. Tak samo robili oczywiście także inni – i z Mickiewicza robili postępowca, ciągnąc tę postępowość za uszy, by ocalić, co się ocalić dało.

      Pewnie, że znalazły się i we Lwowie, i później w Warszawie karierowiczowskie kreatury, ale ludzi takich jak Boy należy traktować na innych prawach.

      A te wiersze, które Szemplińska i inni produkowali, te wszystkie ze strachu pisane pieśni i ody o Stalinie? Uważam, że z litości, z miłosierdzia należy opuścić na to kurtynę. Ludziom nieżyjącym nie ma co po ich śmierci wypominać tego, że się bali, zwłaszcza że ten strach był, jak Stryjkowski pisał, naprawdę zasadny. Jak długo szły tylko oddziały bojowe Armii Czerwonej, nic się nie działo. Jak tylko za nimi pojawiło się NKWD – zaczęły się aresztowania i wywózki, itd.

      Trzeba jednak powiedzieć, że podczas gdy Niemcy budzili wyłącznie grozę, to z Sowietów można się było także i naśmiewać. Mieliśmy poczucie, że oni są jak gdyby straszną, olbrzymią małpą, gorylem, i wprawdzie zostaliśmy bezbronnie wydani w ich łapy – jak to mówił Mandelsztam: „Ja nie znał, czto my byli w łapach gumanistow” — ale niezdarność ich propagandy, naiwna kłamliwość rodziły niezliczoną ilość anegdot, dość niewinnych. Na przykład o tym, że żołnierze sowieccy wchodzą do sklepu, w którym nic już nie ma oprócz słoików wypełnionych białymi kulkami naftaliny, każą sobie taki słoik podać