Станислав Лем

Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski


Скачать книгу

i w innych miejscach Armia Krajowa zaczęła wystawiać posterunki z białoczerwonymi opaskami. Kiedy przyszedłem do rodziców, akurat mój ojciec schodził ze schodów z taką opaską, informującą, że jest lekarzem AK. Błyskawicznie go zawróciłem: wiedziałem już, że NKWD zwija wszystkich ujawnionych akowców i oni po prostu znikają.

      Na Brajerowską 4 nie mogliśmy wrócić, ktoś tam już mieszkał. Dostaliśmy mieszkanie przy ulicy Sykstuskiej. Obok był ośrodek Wehrmachtu, jakaś Kulturstelle, mam stamtąd do dzisiaj trochę książek – Wilhelma Buscha na przykład. A ponieważ zawsze byłem łakomy, wyszukałem tam wśród porzuconych przez Niemców rzeczy ładne, okrągłe placuszki, przyjemnie słodkie. Myślałem, że to chałwa, a to była perwityna, środek pobudzający, który dawano na przykład lotnikom. Jadłem ją tak długo, aż zacząłem się cały trząść – jakoś na szczęście przeżyłem. Buszowałem tam też w hitlerowskich materiałach propagandowych, znalazłem na przykład sprawozdanie ze spędu poetów hitlerowskich, zdaje się, z 1941 roku. Nie pamiętam dokładnie, bo kiedyśmy Lwów opuszczali, książki mniej ciekawe po prostu zostawiłem.

      Mam jeszcze jedno wspomnienie przedziwne i makabryczne. Otóż sporo kamienic było własnością Żydów, i mówiono, że w piwnicach Żydzi zamurowali złoto. Wszędzie słychać było stukanie i pukanie jak w Klondike – ludzie całymi dniami przeszukiwali piwnice. Czy coś znaleźli, nie wiem… Dziwię się, że nikt o tym dotąd nie napisał.

      – Czy z mieszkania na Brajerowskiej coś się uratowało w trakcie przenosin podczas wojny?

      – Trochę książek, ojca instrumentarium, wszystko razem prawie nic. No a dwie kamienice, na które mój ojciec przez całe życie pracował, zostały we Lwowie.

      – Przeżył pan rozpad świata.

      – Nasz świat rozpadał się stopniowo. Najpierw po przyjściu Sowietów, potem po przyjściu Niemców, a ostatecznie – kiedy musieliśmy wyjechać ze Lwowa. Próbowaliśmy kiedyś z żoną porównywać dwie okupacje, niemiecką i sowiecką, zastanawialiśmy się, która była bardziej okropna. Wyszło na to, że obie były jednakowo okropne, ale nie dla tych samych ludzi. My na przykład za Sowietów nie musieliśmy natychmiast uciekać, a rodzina mojej żony – tak. Ojciec żony był dyrektorem dóbr Lanckorońskich w Jagielnicy i ostrzeżono go przed wywózką. Lanckoroński wyjechał niemal natychmiast. Rodzina żony przekroczyła granicę Generalnej Guberni i dostała się do obozu, w którym o mało nie poumierała, bo panował tam bodaj tyfus. Udało się ich jednak jakoś na lewo wyciągnąć z tego obozu – najpierw córki z matką, potem ojca, czyli mojego przyszłego teścia – i resztę wojny spędzili w rodzinnym majątku w Gaiku koło Dobczyc, gdzie jest teraz zbiornik wodny. Szczątki dworu znajdują się dziś pod wodą.

      Charakterystyczne, że moja żona, która przeżyła to jako dziewięcioletnia dziewczynka, zgadza się ze mną, że od Sowietów wiało zarówno grozą, jak i śmiesznością. Byli straszni i śmieszni – podczas gdy w Niemcach niczego śmiesznego nie było. Budzili raczej respekt; pamiętam własną fascynację uzbrojeniem i bojowością Wehrmachtu. Kupowałem takie pisma, jak „Die Wehrmacht” czy „Der Adler”, o lotnictwie i armii. Wtedy pierwszy raz niejako dowiedzieliśmy się, że można być tak uzbrojonym. Andrzej Kijowski pisał kiedyś o tym zafascynowaniu nas, podbitych. Warto jednak pamiętać, skąd płynęły źródła niemieckiej siły. Wiemy już coś o tym, choćby po aferze ze złotem, które Szwajcarzy nabywali od Niemców, wspomagając pośrednio ekonomikę wojenną. Było to przecież złoto kradzione we wszystkich niemal państwach Europy.

      Urodziłem się i przez siedemnaście lat żyłem w wolnej Polsce przedwojennej. Potem przyszedł niemiecki atak. Potem Niemcy się wycofali, zgodnie z całkowicie nam wówczas nie znanym paktem Ribbentrop–Mołotow, przyszli Sowieci i rozpoczął się okres pierwszej okupacji sowieckiej, a potem długa okupacja niemiecka, potem znowu Sowieci, potem przymusowy wyjazd do Polski Ludowej – wszystko razem stanowi taką miszkulancję, że trudno się w niej wyznać.

      Tej Polski przedwojennej okropnie jednak żal. Żal jak młodości, czegoś, co nie może wrócić. Mam dziś chrypkę, bo wczoraj cały wieczór prześpiewaliśmy rozmaite stare pieśni. Dziwna rzecz, jak bardzo nasze polskie pieśni wojskowe, zarówno z okresu przedwojennego, legionowego, jak i wojennego, partyzanckiego – „Hej chłopcy, bagnet na broń” itd. – odmienne są i od rosyjskich, i od sowieckich. Odmienny jest tryb (nie umiem tego dobrze nazwać, nie jestem muzykologiem) prowadzenia melodii podłożonych pod słowa i odmienne słowa. Różnica wydaje mi się olbrzymia, choć nie potrafię jej wyraźnie uchwycić.

      „Nasze dzielne żołnierzyki na placówce stoją

      i śpiewają bolszewikom, że się ich nie boją…”

      Zawsze był u nas ten jakiś element sentymentalno–romantyczny, szary bór i tak dalej. A z czasów sowieckich zapamiętałem ważną naukę: że gdy w hymnie, zwłaszcza narodowym albo państwowym, powtarza się zbyt wiele razy słowo „swoboda”, czyli wolność – to jest bardzo podejrzane. Jak napisał chyba Mrożek: tam gdzie jest prawdziwa wolność, tam nie ma wolności zwyczajnej.

Image

      ROZMOWA TRZECIA

      O pierwszych latach krakowskich, krętej drodze do literatury i przygodach z cenzurą

      – Do Krakowa przyjechał pan stosunkowo późno.

      – Rodzice moi, a zwłaszcza ojciec, tak mocno wierzyli w aliantów, którzy uratują dla Polski Lwów, że siedzieliśmy tam o wiele za długo. Wyjechaliśmy dopiero, gdy nam powiedziano: albo jedziecie do Polski, albo bierzecie sowieckie paszporty. Prawie za darmo wyprzedawaliśmy meble – rodzice dostali za nie coś sześćset rubli – i pakowaliśmy nasz dobytek do skrzynek. Napisałem na nich wielkimi literami: LEM. Ojciec chciał, żebym dodał imię, ale mu tłumaczyłem, że to rzadkie nazwisko i nie ma we Lwowie drugiego Lema. Przychodzimy na dworzec, ładujemy nasze rzeczy do wagonu towarowego, a obok podnosi się piramida skrzynek oznaczonych: Władysław LEM – to była całkiem inna rodzina, z Łyczakowa.

      Pociąg jechał do Bytomia i Wrocławia, my jednak wysiedliśmy w Krakowie, bo mąż naszej przyjaciółki miał tu dwupokojowe mieszkanie przy Śląskiej 3 – zamieszkaliśmy w trzy osoby w jednym pokoju. Dowiedziałem się, że mogę zarobić dwa tysiące ówczesnych złotych, jeśli zostanę spawaczem. Spawaczem karbidowo–acetylenowym byłem już za Niemców, ale kiepskim. Pan Tadeusz Szulakiewicz, który mnie w tym zawodzie poduczał, wychodził na podwórze, brał pięciokilowy młot i pytał: – To ma być spaw? Łups, i cała przyspawana karoseria odpadała. Dwa tysiące złotych dosyć mnie jednak nęciło. Było nam ciężko, ojciec, rocznik 1879, musiał wrócić do pracy lekarza, o żadnym gabinecie nie mogło oczywiście być mowy, asystował profesorowi Miodońskiemu przy operacjach, ale stałej posady w klinice nie mógł dostać. Mówię mu więc: – Może ja jednak pójdę na spawacza? Ojciec słyszeć jednak nie chciał o podobnej deklasacji: – Masz dwa lata medycyny, powinieneś ją skończyć. Poszedłem więc na medycynę na UJ. Była to wtedy straszna zbieranina, mnóstwo starych koni, którzy przez wojnę pięć lat stracili, bo poza Lwowem pod Sowietami nigdzie nie można było studiować. Nikogusieńko nie znałem oprócz jednej dziewczyny ze Lwowa, z którą kuliśmy do egzaminu. Zaliczyłem tu trzeci i czwarty rok.

      – W Krakowie zaczyna się pańska kariera literacka.

      – Na początku trudno mówić o karierze. Chodziłem do „Odrodzenia” i do „Twórczości” na Basztową 15, obok gmachu z globusem, w którym jest teraz Wydawnictwo Literackie, i razem z moimi wierszami strącany byłem – oczywiście nie dosłownie – ze schodów i przez