Станислав Лем

Świat na krawędzi. Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski


Скачать книгу

który jej gorączkowo wykładał wyższość ustroju sowieckiego nad kapitalizmem. W tym momencie zaczął się do nich zbliżać dziad w straszliwych szmatach i łachach, bosy i obdarty. Lejtnant pokazał na niego i powiedział: – Wot, etogo u nas niet. Potem sam się przestraszył swojego zapału ideologicznego…

      Oglądałem wtedy rzeczywistość z perspektywy mrówki: najpierw student, potem robotnik w niemieckim garażu. Niewiele wiedziałem o tym, co się wokół dzieje. O tym, że Sowieci zostawili w piwnicach Brygidek masy pomordowanych przed odejściem ludzi – dowiedzieliśmy się, jak przyszli Niemcy. O morderstwie profesorów lwowskich usłyszałem późno. O tym, jak wygląda getto – także. Dochodziły jakby niewyraźne echa wydarzeń. Ale oczywiście groza i nas dotykała. Zaraz po wkroczeniu Niemców zabrano mojego wujka, młodszego brata matki, równocześnie zresztą z profesorami, choć był to tylko zwykły lekarz.

      – I został zabity?

      – Chyba tak, ale nikt nic do dziś nie wie. Moja matka bardzo go kochała i nie wierzyła, że zginął. Jeszcze długo po wojnie twierdziła, że gdzieś żyje i wkrótce się odnajdzie, choć wszyscy wiedzieli, że to niemożliwe. Ojciec bardzo mu zresztą pomógł podczas studiów medycznych i w uzyskaniu pracy w klinice.

      Przyznam, że bardzo niechętnie wspominam tamte czasy. Po takich rozmowach zdarza mi się czasem wyśnić coś, czego bym wolał nie śnić. To jest bardzo ponury okres. Moi najbliżsi wprawdzie ocaleli, część rodziny zginęła jednak za niemieckich czasów.

      Kiedy przyszli Niemcy, byłem świadkiem szczególnego momentu: jak się fronty przetaczają przez miasto, przychodzi taka godzina, kiedy miasto jest niczyje. Jedni już uciekli, drudzy jeszcze nie przyszli. No a potem skończyły się studia i zostałem robotnikiem.

      – Wspomniał pan o pracy w garażach…?

      – To była firma Rohstofferfassung. Za cały dokument, który uprawniał mnie do tej roboty, miałem zieloną legitymację amatorskiego prawa jazdy. Firma znajdowała się na Gródeckiej bocznej – dobrze położona, bo obok były koszary Luftwaffe. Niemiecki wartownik chodził po chodniku, aż pod nasz garaż. Nikt tam nie mógł wleźć, zwłaszcza policja ukraińska, czyli tak zwani czarni – znajdowaliśmy się w pewnym sensie pod osłoną Niemców. A w garażu poza normalną robotą mechaników, którzy utrzymywali w ruchu samochody firmy, dwie albo trzy wielkie ciężarówki, fiaty, i samochody osobowe kierownictwa, odchodziły oczywiście rozmaite handle: jakieś kiełbasy czy wypieki z kartofli. W kancelarii na górze pracowali Żydzi; właściwie nic nie robili, tylko płacili, żeby mieć ausweisy. Odwrócenie normalnej sytuacji: nie firma im płaciła, tylko oni firmie. Skończyło się źle: wszystkich Żydów zabrano. Podobno niemiecki właściciel firmy, Zygfryd Kremin, próbował ich ratować, tak jak Schindler, uzasadniając to potrzebami gospodarczymi, ale Waechter mu powiedział – nie sam Waechter oczywiście, tylko któryś z urzędników władz Distrikt Galizien, to był osobny poddział Generalnego Gubernatorstwa – że polityka idzie przed gospodarką, Politik geht vor der Wirtschaft — i nie ma żadnego gadania.

      Opisałem to dosyć dokładnie, z fikcyjnymi nazwiskami, w Czasie nieutraconym — ale hauptsturmführer nazwiskiem Tannhäuser naprawdę istniał i bywał u naszego szefa. Pracowało się w warunkach strasznych: zimą w nieopalonej hali z wielką betonową podłogą. Do karterów samochodowych nalewaliśmy zużyty smar, który się podpalało, żeby było trochę cieplej. Chodziłem w kombinezonie wysmolonym nieludzko, czarny jak Murzyn.

      Pracując w garażach, miałem kontakt z podziemną organizacją, wynosiłem z „Beutepark der Luftwaffe” (teren byłych Targów Wschodnich) woreczki z prochem artyleryjskim. Chciałem brać udział w akcji propagandowej „N”, skierowanej do żołnierzy niemieckich: dostałem na próbę „Reich” z artykułami wstępnymi Goebbelsa, żeby mu dać kontrę, ale okazało się, że moja znajomość niemieckiego jest niedostateczna, zrobiłem błędy, bodaj gramatyczne, a takie ulotki musiały być pisane naprawdę biegłą niemczyzną.

      To był czterdziesty pierwszy i czterdziesty drugi rok, a w czterdziestym trzecim musiałem zwinąć żagle. Ukrywałem przez kilka dni na strychu kolegę, który pracował w milicji żydowskiej, Ordnungsdienst. Kiedy poszedł dalej w świat, uznałem, że lepiej stamtąd spłynąć, bo gdyby go złapali, mógł ich naprowadzić na mój ślad, co by się dla mnie skończyło raczej niedobrze. Przeprowadziłem się wtedy na ulicę Zieloną.

      Za okupacji niemieckiej jeden raz tylko zmieniłem nazwisko. Zdobyłem lewe papiery i nazywałem się przez jakiś czas Jan Donabidowicz – to był, zdaje się, Ormianin. Parę dni siedziałem u jednej dobrej staruszki, zanim mi te papiery wyrobiono. Pamiętam stamtąd taką scenę – w ogóle przeszłość pamiętam w migawkach – stoję przy oknie i zza firanki patrzę na ulicę, na której jest łapanka i ładują ludzi na ciężarówki. A ja sobie w tym czasie jem naleśniki z serem posypane cukrem, które mi ta poczciwa staruszka dała. Zawsze miałem dobry apetyt…

      – Przedtem mieszkali państwo jeszcze na Brajerowskiej?

      – Nie, najpierw na Bernsteina, potem rodzice się przenieśli na Zniesienie. Na Zielonej, w pobliżu Pohulanki, spędziłem ostatnie miesiące rządów niemieckich, bo już w czterdziestym czwartym latem przyszli Sowieci i zagarnęli Lwów od strony zachodniej. Rozeszła się wiadomość, że się zbliża „SS Division Galizien” i mordują wszystkich mężczyzn. Z Zielonej uciekliśmy na Pohulankę. Po powrocie otwarłem plecak i przekonałem się, jak się człowiek zachowuje w panice: miałem tam kilka kostek cukru, jakieś skarpetki, jeden bucik… Potem któryś z ostatnich patroli niemieckich dobijał się do naszej bramy. Brama była żelazna, zamknięta. Wszyscy mieszkańcy siedzieli w piwnicy; głosy były podzielone, jedni byli za tym, żeby otworzyć, inni nie. Przyszły jednak czołgi sowieckie i rozstrzygnęły nasz dylemat.

      Kiedy podczas walk o Lwów siedzieliśmy w piwnicy, nagle strasznie jakoś zachciało mi się napić zimnego barszczu, który stał w kuchni, w baniaku. Bohatersko udałem się na górę. Miałem, pamiętam, garnuszek porcelanowy z uszkiem. Kiedy zaczerpnąłem nim barszczu – nagle zrobiło się biało i rozległ się taki huk, że zupełnie ogłuchłem. Jak się potem dowiedziałem, przy naszym domu od strony ulicy stały czołgi sowieckie i samolot niemiecki zrzucił na nie bomby przeciwpancerne. Odłamki tych bomb trafiły w ścianę wewnętrzną kuchni; gdybym stał metr dalej, tobym zginął. Z garnuszka zostało mi tylko uszko na palcu, na ramionach miałem okienną ramę od kuchennego lufcika, a po czole ciekła mi krew, bo wypadająca szyba trochę mnie pokrajała. Straciłem apetyt na barszcz – nie wiem czemu? – i zakrwawiony wróciłem do piwnicy.

      Kilka dni wcześniej – jak się ma dwadzieścia parę lat, człowiek łatwo robi głupstwa – poszedłem na górę, żeby się wykąpać. Wciąż trwał ostrzał artyleryjski, za każdym strzałem słyszałem gwizd pocisku. Nagle kierunek ognia trochę się zmienił i pociski zaczęły przelatywać dziwnie blisko naszego domu; kończyłem kąpiel z nadludzką szybkością… A kiedy już mi się zdawało, że Lwów jest rzeczywiście przez Armię Czerwoną zdobyty, postanowiłem pójść do rodziców; zresztą mieszkali wtedy niedaleko Brajerowskiej. W miarę jak się zagłębiałem w miasto, spotykałem coraz mniej ludzi. Kiedy doszedłem w pobliże Ogrodu Jezuickiego, nie było już nikogo. Szedłem jednak dalej – i nagle usłyszałem charakterystyczny silnik „Pantery”, grzechot gąsienic po bruku. Odwróciłem się – i rzeczywiście zobaczyłem, co prawda w sporej odległości, jadącą ku mnie niemiecką „Panterę”. Nie wiedziałem oczywiście, że w wielkiej kępie krzaków po mojej lewej stronie ukryto sowieckie działo przeciwpancerne – było dobrze zamaskowane. Chciałem uciec do jakiejś bramy, ale wszystkie były zamknięte. Mogłem się tylko wtulić we wnękę i czekać, co będzie