P.C. Cast

Powrót bogini Część 2


Скачать книгу

zachłannie witały każdego bez wyjątku gościa. (Uwaga! Ich ogony są jak bicze. Zaleca się jak największą ostrożność!).

      – Za zimno dla nich na dworze. Jest przecież okropnie. Zamknąłem je w szopie, siedzą razem z końmi. Włączyłem lampy grzewcze i wstawiłem im wielką michę z żarciem… – Tata zaśmiał się. – Słodziaki na pewno myślą, że już zakończyły żywot i są w psim raju.

      – Na pewno! Tata, wiesz, jak się za tobą stęskniłam? – Wspięłam się na palce i bardzo mocno objęłam mego bardzo dużego ojca.

      – Ja też. – Cmoknął mnie w policzek. – Witaj w domu, mała!

      Uśmiechnęłam się do niego przez łzy, których sprawcą była przeogromna ulga, i szybko złożyłam w duchu krótkie, lecz z głębi serca płynące podziękowania Bogini. Za to, że Rhiannon, choć strasznie już namieszała w tym świecie, nie dała jednak rady zepsuć moich relacji z ojcem.

      Który spojrzał z ciekawością na Clinta, ten zaś natychmiast wyciągnął rękę.

      – Witam pana, panie Parker. Miło mi pana poznać. Jestem…

      – Clint Freeman, bliski znajomy Shannon – dokończyłam z uśmiechem, a tak naprawdę zła na siebie, że zapomniałam o dobrym wychowaniu i nie przedstawiłam Clinta od razu. – Clint, to mój tata, Richard Parker.

      Panowie uścisnęli sobie dłonie, po czym tata, uśmiechając się miło, wskazał otwarte drzwi do pokoju dziennego.

      – Zapraszam. Clint, czuj się jak u siebie w domu. Shannon, może zrobisz coś do picia dla Clinta i dla siebie? Wiesz przecież, gdzie co jest.

      Weszliśmy za tatą do pokoju dziennego z aneksem kuchennym, oddzielonym od pokoju szafkami i wydzielonym miejscem na grilla. Tata wskazał Clintowi sofę, sam rozsiadł się w swoim ulubionym fotelu obok stolika zawalonego książkami i czasopismami poświęconymi hodowli koni.

      Ja, zgodnie z instrukcją, wycofałam się do części kuchennej.

      – Clint, czego się napijesz? – zawołałam, szukając kubków. – Kawa? Herbata? Może coś mocniejszego?

      – Jeśli można, napiłbym się kawy.

      – Kawę właśnie zrobiłem – wtrącił tata. – Mam nadzieję, że lubisz mocną.

      – Owszem – przyznał Clint z uśmiechem. – Bardzo mocną.

      – Taką właśnie zrobiłem – oświadczył tata z satysfakcją i spojrzał w stronę kuchni. – Hej, Bugs! W tej szafce co zwykle nadal stoi single malt, której nie chcesz tknąć od sześciu miesięcy! Gdybyś jednak była skłonna, bardzo proszę!

      Bugs! Królik Bugs! Tata zawsze tak mnie nazywał pieszczotliwie. Jak cudnie, że i to się nie zmieniło! Wzruszyłam się. Łzy napłynęły mi do oczu, w rezultacie z nalaniem kawy dla Clinta miałam pewien problem. Po krótkiej chwili udało mi się jednak wziąć w garść i byłam w stanie na chłodno zastanowić się nad tym, co powiedział tato. I po prostu się wkurzyć.

      Wiadomo, że chodziło o whisky. Ja, czego wcale nie ukrywam, jestem wielką fanką single malt. Pierwszy łyk tego boskiego trunku przełknęłam jakieś dziesięć lat temu podczas pierwszej wyprawy do Szkocji. Rhiannon natomiast, jak poinformowano mnie w Partholonie, nienawidziła whisky. Uważała ją za napój dla pospólstwa, gawiedzi czy jak tam. Z wypowiedzi taty wynikało, że oczywiście jego whisky pogardziła. Poza tym wynikało też niezbicie, że przyjeżdżała tutaj, do mojego ukochanego taty. W moje życie prywatne wlazła z kopytami i właśnie to wkurzało mnie maksymalnie.

      Zagotowałam wodę. Zrobiłam sobie herbatę, do drugiego kubka nalałam kawy i wkroczyłam od pokoju dziennego.

      – Tato, a może tobie coś zrobić?

      – Nie, dzięki. Kończę kawę i baileysa. A wiesz, że to ciekawe… Zwykle nie piję kawy o tak późnej porze. Dziś jednak coś kazało mi to zrobić. Wzmocnić się kawą, żeby być czujnym. No i proszę! Bardzo słusznie, skoro mam tak miłych gości! – Uśmiechnął się, ja też i usiadłam na kanapie obok Clinta. Kiedy wyjmowałam z kubka torebkę z herbatą, tata spytał: – Nadal nie masz ochoty na szkocką? Szkoda. Miałem nadzieję, że wypiłaś już do dna te swoje drogie czerwone wina, które przywoziłaś tutaj, butelka, po butelce… – Jego głos zamierał, jakby tata doszedł do wniosku, że tak szczerze mówiąc, nie ma co wspominać.

      – Ależ to nie tak, tato! – zaprotestowałam. – Nadal darzę whisky gorącą miłością, ale pomyślałam, że dziś, przy tej pogodzie, dobrze by było napić się gorącej herbaty. Tak z rozsądku.

      I stawiać na herbatę przez następnych siedem miesięcy, dodałam w duchu, zabierając się do popijania obecnie preferowanego napoju. Tata i Clint też sięgnęli po kubki i na dłuższą chwilę zapadła cisza. Oczywiście zastanawiałam się, co tu powiedzieć, ale jakoś nic nie przychodziło mi do głowy. Więc milczałam i popijałam, w sumie bardzo zadowolona. Bo już sam fakt, że byłam z tatą w tak dobrze mi znanych czterech ścianach, dodawał mi otuchy. Czułam się o wiele silniejsza, a to było bezcenne po tych strasznych przeżyciach…

      Nagle olśniło mnie.

      – Chwileczkę! A gdzie jest Mama Parkerowa? – Pytałam o macochę.

      Której, z czego nagle zdałam sobie sprawę, nie było. Choć powinna tu być i jak to ona, krzątać się wokół nas, uśmiechać, nalegać, byśmy koniecznie coś zjedli. Załamywać ręce nad moim brudnym mokrym ubraniem. Wydawać dyspozycje: „Koniecznie musisz się przebrać, zaraz coś dla ciebie znajdę”. Krótko mówiąc, robić to, co zwykle robi rodzona matka. Moja macocha taka właśnie była, dlatego zawsze czułam się kochana.

      Dlatego teraz było mi po prostu wstyd, że dopiero teraz sobie o niej przypomniałam.

      – Mama Parkerowa pojechała z wizytą do siostry, do Phoenix.

      – Sama? Bez ciebie?!

      Trudno było w to uwierzyć. To prawda, pobrali się przed wieloma laty, ale nadal wszystko robili razem. Było to rozczulające, choć czasami, wierzcie, trochę jednak niesmaczne.

      – Wyjazd planowała już od kilku miesięcy. Miałem oczywiście jechać razem z nią, niestety jednemu z moich durnych roczniaków wydawało się, że przez ogrodzenie po prostu można przebiec, co miało swoje konsekwencje. Jedna z jego nóg bardzo na tym ucierpiała. W rezultacie z wyjazdu nici. Przez tego półgłówka musiałem zostać i bawię się w weterynarza.

      Pokiwałam głową ze zrozumieniem, przyzwyczajona do tego rodzaju tekstów. Według taty ze świecą szukać stworzeń, które mają mniej szarych komórek niż konie wyścigowe, a jednocześnie kocha te głupki nad życie.

      Zdawałam sobie sprawę, że powinnam powiedzieć ojcu, jaki jest powód tej nagłej wizyty, ale to odwlekałam. Wolałam pogadać o tym i o owym, po prostu o czymś normalnym, nawet jeśli miałoby okazać się iluzją i trwać tylko chwilę.

      – Co nowego w szkole? – spytałam szczerze zaciekawiona, przecież zawód wzięłam po tacie. Zanim przerzucono mnie do innego wymiaru, bym wiodła życie Wielkiej Kapłanki, wiodłam życie całkiem inne i bardzo szczęśliwe jako nauczycielka angielskiego w szkole średniej w Broken Arrow. Tej samej szkole, której mój tata, po blisko trzydziestu latach nauczania i trenowania, stał się prawdziwą legendą.

      Uwielbiałam uczyć, i to właśnie osobników w wieku nastu lat. Przecież właśnie dzięki nim każdego dnia otrzymujesz w prezencie potężną dawkę komizmu. Tylko w publicznej szkole średniej znajdziesz pracę, gdzie codziennie wychodzisz na scenę, mając przed sobą publiczność złożoną z ponad setki istot jeszcze nie do końca ludzkich. (Z moich belferskich obserwacji jasno wynika, że człowiek w tym wieku jest człowiekiem